Strona główna Dziecko Skończył się urlop macierzyński. Co dalej?

Skończył się urlop macierzyński. Co dalej?

6
0

Skończył się urlop macierzyński. Wykorzystałaś już wszystkie możliwe dni, które nazbierały się w trakcie Twojej nieobecności. Mało tego. Chcąc zostać dłużej ze swoim skarbem poświęciłaś cały urlop wypoczynkowy z bieżącego roku. Niestety – wolne dni kiedyś się kończą. Wtedy nadchodzi moment, kiedy musisz zostawić swoje dziecko pod opieką babci, niani, albo żłobka. Co wtedy? Wielu rodziców decyduje się na tą ostatnią opcję…

Jak wyjaśnić roczniakowi, dla którego jesteś całym światem, że wkrótce wrócisz? Może przeczytasz mu Kubusia Puchatka?

“A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? – spytał Krzyś ściskając Misiową łapkę. – Co wtedy?
– Nic wielkiego – zapewnił go Puchatek. – Posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika.”

Dorośli to rozumieją, dzieci na rozstanie z mamą patrzą z zupełnie innej perspektywy.

U nas też przyszedł TEN moment. Decyzja o rozpoczęciu edukacji żłobkowej (o ile można to tak nazwać) spadła na mnie, jak grom z jasnego nieba. Wiedziałam, że prędzej czy później to nastąpi, ale tak szybko? To dla dla nas trudny moment, a zwłaszcza dla Filipka, który rozstać się miał ze mną dopiero we wrześniu. Takie były plany. Niestety wszystko potoczyło się inaczej. W połowie kwietnia dostałam telefon

“Mamy miejsce dla Filipa. Kiedy może przyjść?”

ale zaraz, zaraz… mi nawet macierzyński się nie skończył. Mam jeszcze do wykorzystania urlop wypoczynkowy, Filipek miał pójść do żłobka dopiero we wrześniu…

“…albo Pani bierze teraz, albo przekazujemy miejsce kolejnemu dziecku na liście, a Pani zaczyna rekrutację od nowa”

No kurczę! Przecież dostanie się do państwowego żłobka naprawdę graniczy z cudem. Urodzisz, od razu zapisujesz, a na wolne miejsce i tak czekasz rok, nawet dwa. No więc, co miałam zrobić? Zapisałam.

Początki są trudne…

Nawet, jeżeli Wasze dziecko jest otwarte, dobrze czuje się w każdym towarzystwie, jest śmiałe i niewiele płacze – nie nastawiajcie się, że będzie tryskać dobrym humorem w pierwszych dniach, a nawet tygodniach pobytu w żłobku. Nie bez powodu maluch przygotowuje się do nowej sytuacji na, tzw. dniach adaptacyjnych. Niestety i te w większości przypadków nie pomagają. Dzieci płaczą każdorazowo, kiedy oddaje się je w ręce obcej osoby. Kiedyś oczywiście zrozumieją, ale są maluchy, które na zaakceptowanie chwilowego rozstania z mamą potrzebują naprawdę sporo czasu. Tak czy siak okres adaptacyjny jest zawsze ciężki zarówno dla dziecka, jak i dla rodzica. Niestety bywa, że ta adaptacja nie ma końca, bo weekend, bo święta, bo choroba… a dopóki dziecko nie zaakceptuje nowej sytuacji i nowego otoczenia – po każdej dłuższej lub krótszej przerwie będzie krzyk i płacz. Tak jest w naszym przypadku.

Rozpoczęliśmy 8 maja, a na palcach jednej ręki mogę zliczyć dni które Filip spędził w żłobku. W pierwszym tygodniu „złapał” coś od dzieci, które – podobno – mają katar alergiczny. Najpierw gluty do pasa, potem gorączka prawie 40st i siup – trzydniówka. Dwa tygodnie przerwy, a od poniedziałku wszystko od nowa.

Do żłobka staram się Filipka przyzwyczajać stopniowo , bo – póki co – mam taką możliwość. Zaprowadzam go na 8.30. Je tam śniadanie, zostaje 2, max 3 godziny i szybko biegniemy do domu, aby pozostałą część dnia spędzić razem. Po tych przerwach adaptacja oczywiście wychodzi mu kiepsko. Płacze, mało je, jest zaniepokojony i czuje się niepewnie w towarzystwie innych dzieci. Płaczę razem z nim, ale tłumaczę sobie, że lepiej przyzwyczajać go teraz, kiedy – mimo pobytu w żłobku – może większą część dnia spędzić ze mną. W sierpniu wracam do pracy i prawdopodobnie nie będziemy mieć innego wyjścia – Filip 8 godzin będzie poza domem.

Żłobek – potrzeba dorosłych?

Rynek pracy potrzebuje pracowników, a nie kosztownych urlopów macierzyńskich. Firmy nie patrzą przyjaźnie na kogoś, kto jest na wiecznym urlopie, bo ciężko znaleźć im dodatkowy etat na to samo miejsce. Żłobki też chcą mieć zapełnione grupy, bo przecież to czysty pieniądz. A mama? Mama sama chce wrócić do pracy, mama też musi zarabiać. Poza tym mama chce odpocząć, mama też musi mieć chwilę dla siebie…

Zobacz też Pracownik-matka

…a gdzie miejsce na zaspokojenie potrzeb dziecka?

Nie twierdzę, że żłobki są be, ale wszystko w granicach zdrowego rozsądku. Psychologowie twierdzą, że dziecko powinno zostać z mamą przynajmniej do ukończenia 1. roku życia. Ja się z tym w stu procentach zgadzam. Dzieci w tym wieku potrzebują przecież bliskości mamy, poczucia bezpieczeństwa i troski. Chcą po prostu wiedzieć, że „wszystko będzie dobrze”, a nie zastanawiać się, czy mama na pewno wróci. W pierwszych latach życia dzieci są od niej – można powiedzieć – uzależnione. Mama przytuli, mama nakarmi, mama najlepiej się zaopiekuje. Żłobki oczywiście dają z siebie ile mogą, jednak mama „jest tylko dla mnie”, a opiekunka ma do przytulenia jeszcze piątkę innych dzieci.

A co z nauką samodzielności? Żłobki uczą, to nie ulega wątpliwości. Po raz kolejny pojawia się jednak pytanie, czy wychowawcy mający pod opieką 20-osobową grupę, są w stanie zapewnić każdemu z tych maluchów właściwy rozwój? Jeden maluch wymaga bardziej czujnego oka, inny mniej. Czy dzieci mające różną osobowość i różne umiejętności poradzą sobie z takimi wyzwaniami jak nauka chodzenia, ubierania, czy kontrolowania potrzeb fizjologicznych?

Nie wspomnę już o więzi i potrzebie kontaktu z rodzicami. Całodniowy pobyt dziecka w żłobku, pod opieką obcej osoby, raczej nie pomaga w budowaniu zaufania. Przecież dziecko na początku ma tylko jedną osobę, której bezgranicznie ufa – mamę. Dopiero później stara się budować więź z innymi ludźmi. Jeżeli ten naturalny rytm zakłócimy, będzie czuło się zagubione.

Czy żłobki są potrzebne?

Żłobki dbają o wszechstronny rozwój dzieci. Łączą zabawę z nauką, dbając jednocześnie o profilaktykę zdrowotną. Personel w żłobku jest wykwalifikowany – opiekunki mają wykształcenie pedagogiczne, pielęgniarskie lub psychologiczne. Potrafią więc dostrzec trudności dzieci, a także ich uzdolnienia i zainteresowania. Każde dziecko może liczyć na pomoc, a stawiane wymagania są zależne od jego możliwości. Opiekunki zachęcają do aktywności, nagradzają i dostrzegają starania. „Żłobkowe” dziecko uczy się współżycia w grupie, socjalizuje się.

No jest dużo plusów, ale czy każde dziecko, nawet po adaptacji, czuje się w żłobku dobrze i traktuje to miejsce jak drugi dom?

Moje dzieci chodziły do żłobka, bo nie miałam innej możliwości. Nie myślę o sobie w kategoriach „wyrodnej matki”, bo – gdybym tylko miała wybór – chłopcy zostaliby ze mną w domu. Wydaje mi się, że nikt tak nie nauczy i nie pokaże dziecku świata, jak mama. Przecież w domu też można rysować, malować, wymyślać swoje własne zabawy…

Małe dzieci potrzebują przede wszystkim bliskości rodzica. Nie twierdzę, że w żłobku czują się źle, ale jestem przekonana, że gdyby same mogły wybrać, wybrałyby mamę. Niestety o tym, czy dziecko pójdzie do żłobka decydują rodzice. Oczywiście część z nich wybiera takie rozwiązanie, bo nie ma innej możliwości, ale są też tacy dla których żłobek jest „wygodą”, a nie koniecznością. Ciocia też nakarmi, ciocia też przytuli, położy spać, ciocia przecież też się pobawi.

Ja czasami też rwę włosy z głowy i mam ochotę krzyknąć „Dość!”. Są momenty, że chciałabym trzasnąć drzwiami i powiedzieć „Radźcie sobie sami”. Mam chwilę słabości, jak każdy. Tak, czy inaczej – gdybym mogła pracować w domu – chłopcy zostaliby ze mną, przynajmniej do 3. roku życia. Dopiero potem zdecydowałabym się na przedszkole, ale to już zupełnie inna bajka.

A Wy jakie macie doświadczenia?

Pokaż więcej podobnych postó
Pokaż więcej  Dziecko

6 komentarzy

  1. Tabayka

    8 czerwca 2017 at 11:36

    Ten cytat z Kubusia Puchatka… znam aż za dobrze z zupełnie innych okoliczności, ale… jakże miło go poznać w kategorii zlobkowej ☺ Dzięki za super wpis! Za miesiąc i ja kończę macierzyński

    Odpowiedz

    • Beata

      8 czerwca 2017 at 21:15

      To trzymam kciuki 🙂

      Odpowiedz

  2. Agni

    8 czerwca 2017 at 15:48

    Ja przy pierwszym dziecku po roku wróciłam do pracy najpierw na kilka godzin dziennie, zostawiając dziecko z dziadkami. Potem coraz dłużej i dłużej, aż się z tego zrobił etat. W lutym tego roku dziecko poszło do przedszkola, w maju skończyło 3 lata. Cóż, separacja nie była przyjemna, ani wtedy ani teraz, ale usamodzielnienie młodej poczytuję na plus. Zobaczymy jak będzie, gdy młodego przyjdzie mi za rok oddac w opiekę do żłobka..

    Odpowiedz

    • Beata

      8 czerwca 2017 at 21:14

      Dobrze, kiedy ma się możliwość stopniowego powrotu do pracy. Ja niestety idę od razu na cały etat, więc może i dobrze że to miejsce trafiło nam się teraz…

      Odpowiedz

  3. Marcin

    8 czerwca 2017 at 19:17

    Obserwowałem koniec macierzyńskiego u nas w domu i mam wrażenie, że mama przeżyła to bardziej niż chłopcy. Choć oni przez parę dni udawali obrażonych. Plusem było to, że pracowałem w domu więc mieli zapewnioną opiekę. Tylko pamiętaj, że praca w domu i opieka nad dziećmi trochę się wyklucza, więc albo to albo to 🙂
    W naszym przypadku żłobek okazał się złem wszelakim. Przez 3 miesiące spędzili w nim w sumie ze 2 tygodnie. Reszta to non stop choroby. Drżę na samą myśl o przedszkolu a to już lada chwila.

    Odpowiedz

    • Beata

      8 czerwca 2017 at 21:09

      No niestety chorób nie unikniesz. My też swoje przeżyliśmy, zwłaszcza z Mateuszem – też go praktycznie non stop nie było w żłobku bo chory, a i w szpitalach sporo się należeliśmy. Kiedy poszedł do przedszkola, było o niebo lepiej. Organizm chyba się uodpornił i teraz choruje naprawdę rzadko. Trzymam kciuki za Waszych Przedszkolaków 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz też

Pracownik-matka

Udostępnij...200Pracownik-matka to podobno najlepszy pracownik. Jest zorganizowana, perfek…